|
Archiwum
Zakładki:
Tagi
|
poniedziałek, 04 października 2010
Informacja dla odwiedzających
Tego bloga między kwietniem 2006 a wrześniem 2010 pisała studentka stomatologii na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym (GUMed). Studentka studia skończyła i sobie poszła, blog zaś pozostaje w eterze w formie nieaktywnej. Traktuje on zarówno o studiach, jak i o życiu prywatnym autorki w tym czasie, choć bez ujawniania szczególnie osobistych treści.
Jeżeli kogoś interesuje tylko przebieg studiów, niech zajrzy do kategorii "Studia" (do wyboru nad notką) bądź skorzysta z tagów, które można znaleźć pod linkami, po lewej stronie. Mam nadzieję, że razem z wyszukiwarką to wszystko pomoże Ci, drogi Czytelniku, znaleźć pożądane treści. Jeśli zaś chcesz po prostu przeczytać wszystko jak leci, przejdź do kategorii "Wszystkie".
Życzę miłej lektury :).
PS.: Można komentować notki, będę reagować (bądź nie, zależy od treści ;) ). Jeśli ktoś chce napisać do mnie emaila na adres w zakładce "Kontakt", proszę usunąć z niego "SPAMPROTECTION." przed wysłaniem. W przeciwnym wypadku nic nie dojdzie.
Tego bloga między kwietniem 2006 a początkiem października 2010 pisała studentka stomatologii na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym (GUMed). Studentka studia skończyła i sobie poszła, blog zaś pozostaje w eterze w formie nieaktywnej. Traktuje on zarówno o studiach, jak i o życiu prywatnym autorki w tym czasie, choć bez ujawniania szczególnie osobistych treści. Jeżeli kogoś interesuje tylko przebieg studiów, niech zajrzy do kategorii "Studia" (do wyboru nad notką) bądź skorzysta z tagów, które można znaleźć pod linkami, po lewej stronie. Mam nadzieję, że razem z wyszukiwarką to wszystko pomoże Ci, drogi Czytelniku, znaleźć pożądane treści. Jeśli zaś chcesz po prostu przeczytać wszystko jak leci, przejdź do kategorii "Wszystkie". Życzę miłej lektury :). PS.: Można komentować notki, będę reagować (bądź nie, zależy od treści ;) ). Jeśli ktoś chce napisać do mnie emaila na adres w zakładce "Kontakt", proszę usunąć z niego "SPAMPROTECTION." przed wysłaniem. W przeciwnym wypadku nic nie dojdzie.
niedziela, 03 października 2010
Lato 2005.
Chyba początek lipca. Czyli nieco ponad 5 lat temu. Pojechałam z koleżanką z klasy sprawdzić wyniki rekrutacji na trzech gdańskich uczelniach - PG, UG i AMG (dziś GUMed). Na tej ostatniej ogłaszanie się z lekka opóźniało, więc zrobiłyśmy sobie spacerek. Jakieś dwa kilometry z AMG na chemię UG (dostałam się - to był kierunek awaryjny, poza biotechnologią na UMK w Toruniu, ale tam mnie nie chcieli), potem na PG (koleżanka się dostała, tylko nie pamiętam teraz kierunku), potem ze trzy kilosy na farmację AMG (brak wyników), powrót w okolice dziekanatu Wydziału Lekarskiego AMG (kolejne 4 kilometry na nóżkach), chwila odpoczynku w parku i sprawdzenie wyników na listach na stomę.
Mam nadzieję, że nikogo nie walnęłam pięścią, jak wyrzuciłam ręce do góry z radosnym okrzykiem "Dostałam się!!!"; łzy radości, SMSy do rodziny, potem sprawdzenie reszty ludzi z mojej klasy. Kilka osób starało się dostać na lekarski (na stomę chyba jeszcze jedna, ale się nie udało), niestety, nie mieli tego szczęścia. 3 osoby wylądowały na innych kierunkach. Kolejny odpoczynek w parku przed powrotem na farmację, która była głównym celem mojej koleżanki. Nogi, mimo przebycia sporej drogi, nie bolały mnie już wcale. Razem przeczytałyśmy dobrą wiadomość dla koleżanki (zresztą jednego z największych "mózgów" w klasie; do tej pory nie rozumiem, czemu nie poszła na lekarski) i wróciłyśmy do domu, ja z szampanem w garści. Moja droga do zostania dentystą została otwarta.
Droga, którą w dużej mierze opisałam na łamach tego bloga. Mniej lub bardziej ciekawe zajęcia, wykłady, ćwiczenia; zajęcia przed- i kliniczne, pierwsi "cykliczni" pacjenci; ciężkie okresy przedsesyjne i sesje; zerówki, zaliczone "pierwsze terminy" i czasem oblane poprawki; praktyki wakacyjne. Ostatecznie sesja dyplomowa, która mimo składania się z kilkunastu egzaminów wciśniętych w cztery tygodnie czerwca, była do przeżycia. Do tego narastająca świadomość, że niedługo będzie po wszystkim.
Nie jestem idealistką. Na pytanie "czemu taki kierunek" odpowiadam "bo nie miałam innego pomysłu na życie", ale nie chodzi o to, że absolutnie nie widziałam siebie w innej roli, że od dzieciństwa chciałam ludziom wiercić w zębach, nie. Najzwyczajniej w świecie, naprawdę nie wiedziałam, co miałam ze sobą zrobić. Pomysł rzucili rodzice, trochę półżartem, ale moje poczucie humoru czasem szwankuje. Będę jedynym dentystą w rodzinie. Nie mam bliskich powiązań ze środowiskiem lekarskim (poza kuzynką mojej mamy), co byłoby może jakąś przeszkodą, gdybym planowała karierę naukową. A nie planuję, więc pozostaje mi tylko ciułać powolutku na reputację i gabinecik.
Dziękuję Wam za towarzyszenie mi w tej drodze. Dziękuję za rosnące z dnia na dzień liczby odwiedzin, za komentarze, za kciuki, za ciche podczytywanie, za linkowanie u siebie. Niektórzy byli ze mną jeszcze w czasach licealnych, kiedy pisałam innego bloga, później zamkniętego i usuniętego. Tutaj spędziłam 4,5 roku wesołej pisaniny i będzie mi szkoda kończyć ten rozdział.
Ale skończyć go trzeba. Studia zaliczone. Wtedy najważniejszym celem było nauczenie się, zaliczenie i pokonanie kolejnych przeszkód. Od jutra pojawią się nowe cele: wyrobienie wprawy w pracy, zdobycie reputacji, kredyt, mieszkanie i naprawdę dorosłe, samodzielne życie. Ale to już z innym podpisem, gdzie indziej. Wiecie, gdzie.
Zapraszam tam. Tego bloga zamykamy.
Chyba początek lipca. Czyli nieco ponad 5 lat temu. Pojechałam z koleżanką z klasy sprawdzić wyniki rekrutacji na trzech gdańskich uczelniach - PG, UG i AMG (dziś GUMed). Na tej ostatniej ogłaszanie się z lekka opóźniało, więc zrobiłyśmy sobie spacerek. Jakieś dwa kilometry z AMG na chemię UG (dostałam się - to był kierunek awaryjny, poza biotechnologią na UMK w Toruniu, ale tam mnie nie chcieli), potem na PG (koleżanka się dostała, tylko nie pamiętam teraz kierunku), potem ze trzy kilosy na farmację AMG (brak wyników), powrót w okolice dziekanatu Wydziału Lekarskiego AMG (kolejne 4 kilometry na nóżkach), chwila odpoczynku w parku i sprawdzenie wyników na listach na stomę. Mam nadzieję, że nikogo nie walnęłam pięścią, jak wyrzuciłam ręce do góry z radosnym okrzykiem "Dostałam się!!!"; łzy radości, SMSy do rodziny, potem sprawdzenie reszty ludzi z mojej klasy. Kilka osób starało się dostać na lekarski (na stomę chyba jeszcze jedna, ale się nie udało), niestety, nie mieli tego szczęścia. 3 osoby wylądowały na innych kierunkach. Kolejny odpoczynek w parku przed powrotem na farmację, która była głównym celem mojej koleżanki. Nogi, mimo przebycia sporej drogi, nie bolały mnie już wcale. Razem przeczytałyśmy dobrą wiadomość dla koleżanki (zresztą jednego z największych "mózgów" w klasie; do tej pory nie rozumiem, czemu nie poszła na lekarski) i wróciłyśmy do domu, ja z szampanem w garści. Moja droga do zostania dentystą została otwarta. Droga, którą w dużej mierze opisałam na łamach tego bloga. Mniej lub bardziej ciekawe zajęcia, wykłady, ćwiczenia; zajęcia przed- i kliniczne, pierwsi "cykliczni" pacjenci; ciężkie okresy przedsesyjne i sesje; zerówki, zaliczone "pierwsze terminy" i czasem oblane poprawki; praktyki wakacyjne. Ostatecznie sesja dyplomowa, która mimo składania się z kilkunastu egzaminów wciśniętych w cztery tygodnie czerwca, była do przeżycia. Do tego narastająca świadomość, że niedługo będzie po wszystkim. Nie jestem idealistką. Na pytanie "czemu taki kierunek" odpowiadam "bo nie miałam innego pomysłu na życie", ale nie chodzi o to, że absolutnie nie widziałam siebie w innej roli, że od dzieciństwa chciałam ludziom wiercić w zębach, nie. Najzwyczajniej w świecie, naprawdę nie wiedziałam, co miałam ze sobą zrobić. Pomysł rzucili rodzice, trochę półżartem, ale moje poczucie humoru czasem szwankuje. Będę jedynym dentystą w rodzinie. Nie mam bliskich powiązań ze środowiskiem lekarskim (poza kuzynką mojej mamy), co byłoby może jakąś przeszkodą, gdybym planowała karierę naukową. A nie planuję, więc pozostaje mi tylko ciułać powolutku na reputację i gabinecik. Dziękuję Wam za towarzyszenie mi w tej drodze. Dziękuję za rosnące z dnia na dzień liczby odwiedzin, za komentarze, za kciuki, za ciche podczytywanie, za linkowanie u siebie. Niektórzy byli ze mną jeszcze w czasach licealnych, kiedy pisałam innego bloga, później zamkniętego i usuniętego. Tutaj spędziłam 4,5 roku wesołej pisaniny i będzie mi szkoda kończyć ten rozdział. Ale skończyć go trzeba. Studia zaliczone. Wtedy najważniejszym celem było nauczenie się, zaliczenie i pokonanie kolejnych przeszkód. Od jutra pojawią się nowe cele: wyrobienie wprawy w pracy, zdobycie reputacji, kredyt, mieszkanie i naprawdę dorosłe, samodzielne życie. Ale to już z innym podpisem, gdzie indziej. Wiecie, gdzie. Zapraszam tam. Tego bloga zamykamy.
sobota, 02 października 2010
Z lekka znudzona
Założyłam drugą chcelistę. Mieszkaniową. Zaczyna się od "kredyt na mieszkanie", potem już z górki. Mieszkanie, łóżko, meble, sprzęt AGD (skoro mam laptopa, to RTV nie jest mi potrzebne. Telewizji i tak praktycznie nie oglądam...), na końcu kot (dobrze by było, gdyby przyszedł na gotowe). Ogólnie 14 pozycji. Będzie się rozrastać. Podczas stażu będę zarabiać tylko podstawową stawkę, więc kredyt na razie raczej odpada. :( Ale może chcelista przyda się za nieco ponad rok. Będzie wiadomo, co przynieść na parapetówkę ;). W domu zimno, węgla niet, palimy w piecu sosnowymi deskami. Przez to trzeba pilnować stanu kaloryferów średnio co pół godziny, przez co nie chce się palić. Ulokowałam się na kanapie, owinięta kocykiem, z moim alienującym się kotem przy nodze i kiedy tak sobie leżałam i patrzyłam na bałagan w pokoju, naszła mnie ochota na zrobienie czystek. Przez lata nagromadziło się mnóstwo zabawek, durnostojek i tego typu dupereli, które do szczęścia w tej chwili nie są mi potrzebne. Teraz się zrobiło nieco cieplej, więc nie wiem, czy wytrwam w swoim pomyśle, ale ogólnie to niezła koncepcja. Rodzice wrócili z zakupów z kołpaczkami na koła mojego mikrusa (znaczy Matiza. Ten "mikrus" to czule), o które w sumie nawet nie prosiłam. Matula zgubiła jeden i tak teraz jeżdżę z brakującym kołpakiem. Bardzo to miłe ze strony tatusia (on jest od myślenia o takich rzeczach). Niedługo, jak znowu będzie ładny weekend, będę musiała zrobić błagalne oczy o naprawienie mi centralnego zamka... Zastanawiam się nad przetworzeniem niektórych notek stąd na użytek pilnikowego i skopiowanie ich tamże. Szczególnie tą o języku geograficznym, który nadal stanowi numer jeden wśród fraz w wyszukiwarkach. I tak, język na zdjęciach należy do mnie. Coś jeszcze? Chyba nie...
piątek, 01 października 2010
Archive się promuje
Nie tylko przed zapowiedziami przedmeczowymi na turnieju Rollanda Garrosa we Francji (gdzie są bardzo popularni), ale też w bardzo. Polskiej. Reklamie. Fragmenty "You make me feel", kawałka otwierającego drugą płytę Archive "Take my head", w reklamie Warki.
Patriotycznie się cieszę. ;) Joaś się bawi w piekarza
W kuchni jestem niemal kompletna noga. W moim menu znajdują się: jajecznica, gotowane ziemniaczki, ryż, różnie przyprawione filety z kurczaka, kotlety mielone (z przepisem na przyprawach), podgrzana w piekarniku gotowa pizza, dania z różnymi gotowymi sosami. Z głodu bym nie umarła, ale nie jest to dieta specjalnie odchudzająca, tania, czy bardzo urozmaicona (kolejny argument za wyprowadzką: będę się w końcu musiała nauczyć gotować). Nabrałam ochotę na coś czekoladowego. Czekolady w domu brak, ale jest kakao i kilka innych piekarniczych produktów. Pamiętając poniekąd pewnego demota (kto nie zna strony demotywatory.pl, ten oszczędza dużo czasu ;) ) z ciastem w 5 minut, wstukałam w Google odpowiednie hasło, przepisałam na karteczkę przepis i ruszyłam na podbój kuchni. Ciacho przygotowuje się w kubku i "piecze" w mikrofali. Wzięłam największy kubek w domu (ok. 400 ml pojemności), zaś pod nim miałam zamiar położyć wysoki talerz - w sieci częste były doniesienia o przelewaniu się ciasta. Zrobiłam prawie wszystko zgodnie z przepisem, przez pomyłkę dodałam za dużo oleju, celowo dosypałam rodzynki. Wsadziłam wypełniony do ok. 1/3 kubek do mikrofali, nastawiłam program "High", czas: 3,5 minuty. Wyszło coś takiego (zdjęcia nie chcą mi się wkleić do notki). Talerz mogłam wstawić z powrotem do szafki, bo nic do niego nie dotarło :). Po lekkim przyklepaniu nieco opadło [fotka]. Lekko gumowe, ale słodkie i smaczne. Rodzynki niestety popłynęły na dno kubka. Przepisik? (wzięty ze strony) Dumna z siebie jestem strasznie ;) Nie było źle
Choć nie nazwałabym dzisiejszej pracy "szkoleniem BHP". Był to dzień z przyjęciem moich pierwszych 5 pacjentów na stażu. Wynik rewelacyjny, ponieważ dokonałam tego w 2,5 godziny. Doktor mi pomagał, jako że nie znałam niektórych sprzętów (wstyd) albo nie dawałam rady. Ogólnie wszystko z uśmiechem i bez stresu, asystentka sympatyczna, ogólnie fajnie. Oby mnie pan doktor na sam koniec nie obdarował solidnym kopem w d. Ale cóż, polepszymy wyniki i będzie OK. A teraz jestem pieruńsko głodna i się chyba zabiorę za jakieś stareńkie seriale w ramach świętowania końca wakacji. W poniedziałek na 12...
wtorek, 28 września 2010
Plany
Dziś: badania lekarskie. Jutro: po ostatnim wyskoku do Sanepidu polowanie z mamą na płaszczyk jesienny. Mam biały i co chwilę się brudzi. Trzeba wyglądać jak ludź. Być może zakup fartucha. Czwartek: pogoda ma być w końcu ładna, więc wyskok do Gdańska z NIPem. Zakup fartucha, jeśli we środę się nie uda. Piątek: szef chce mnie wywieźć w głąb Kaszub. Szkolenie BHP. Sobota: opijanie końca wakacji i magisterki koleżanki z farmacji (jeśli się zgodzi). Niedziela: oficjalne zamknięcie "Joanna P." Poniedziałek: oficjalne rozpoczęcie stażu. Magia internetu
W końcu się dowiedziałam porządnie, jak się nazywa mój przyszły szef. Wujek Google jest niezastąpiony ;). Dzisiaj śmigam na badania lekarskie...
poniedziałek, 27 września 2010
Podskoczyłam
1. do Sanepidu. Jeszcze takie 2 wyskoki. Jestem w sumie ciekawa, czy te badania mają mnie zakwalifikować jako nadającą się do wykonywania zawodu, czy to coś dodatkowego? Biorąc pod uwagę, że wyniki będą w połowie przyszłego tygodnia, a w piątek podobno mam zacząć staż, ten pierwszy wariant może być nieco problematyczny. 2. blog podskoczył, znaczy. W Top1000 na 811 miejsce. ;) 3. często mi się zdarza podskoczyć, jak ktoś wparuje mi do pokoju, a ja ciągle przy kompie siedzę. Niefajnie. Matula zastanawia się nad pisaniem bloga emerytki. Biorąc pod uwagę, że jej aktywność życiowa, zachowanie i poglądy przeczą typowemu obrazowi osoby na emeryturze (sama przeszła na wcześniejszą, więc nie jest np. złamaną życiowo babulką), taki blog mógłby być niezłym sposobem na wywołanie szoku światopoglądowego u kilku osób. Będę kibicować i namawiać :). Dziwnie się pisze dwa blogi osobiste jednocześnie. ;)
niedziela, 26 września 2010
Lenistwo
Myślałam, żeby w poniedziałek wyskoczyć do Izby, donieść im mój NIP. Jednak wczoraj wieczorem stwierdziłam, że nie będzie mi się chciało: z samego rana do Sanepidu, po południu do dermatologa, Izba pomiędzy - bleh. Na marudzenie usłyszałam od rodzicielki, że tak się rozleniwiłam, że nie wiadomo, jak sobie poradzę w życiu. Jak będę musiała sobie poradzić, to sobie poradzę. Kolejny argument za szybką wyprowadzką... |