|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Egoistycznie
Osobiście znajomi
Czytam
Towarzysze medycznej niedoli
|
wtorek, 09 lutego 2010
Joanna P. we Wrocławiu - dzień 1, piątek.
Oczywiście noc z czwartku na piątek musiała być nieprzespana, bo egzaltowana dwudziestotrzylatka się przejmuje nawet podświadomie. Dwie piguły z meliską nie pomogły. Wstałam o 2:50 w stanie lekkiego niedospania, ale zdołałam przytomnie zrobić rano, co musiałam (znaczy buzia, ząbki, śniadanko - te dwa ostatnie powinny być w odwrotnej kolejności - ubieranko, dopakowanko), matula kochana (mwah! :* ) odwiozła mnie na dworzec w W., gdzie nawet punktualnie przyjechał pociąg z Gdyni do Wrocławia. Znalazłam sobie pusty przedział (trudno nie było, przy dość sporej ilości pociągów z G. do Wr. pakowanie się w ten ok. 4 nad ranem nie należy do priorytetów), rozlokowałam się i położyłam na prawie całą szerokość siedzeń skierowanych do kierunku jazdy. Starałam się przy tym nie zasnąć na amen. Jakąś godzinkę później dosiadło się niewiele młodsze ode mnie dziewczę i rozłożyło się na siedzeniach naprzeciwko. Tak żeśmy sobie wdzięcznie pospały kilka stacji, kiedy to zaczęli dochodzić inni ludzie. Podróż mijała w spokojnym towarzystwie babcino-emerycko-studenckim, prowadzącym dyskusje na poważne tematy. Ogólnie pociąg (swoją drogą, to ciekawe - skład z Gdyni do Przemyśla, a 4 wagony, w tym jeden 1 klasy, jeden nieczynny z powodu braku ogrzewania, żadnego baru Wars czy chociaż wózeczka z jadalnymi dobrami) bez dłuższych i nadprogramowych postojów dojechał punktualnie do Wrocławia. Wtedy też pojawił się klasyczny problem (przynajmniej mój): jak z dworca PKP dotrzeć do odpowiedniego przystanku tramwajowego, który dowiezie mnie do lokum. Hmmm. W Warszawie mają to fajnie rozwiązane: ot, mapki w kilku miejscach z rozrysowanym układem budunków dworcowych względem przystanków tramwajowych i autobusowych, z rozpisaniem linii i kierunków. A we Wrocku nieeee, bo po co. 45 minut zajęło mi znalezienie odpowiedniego przystanku (ostatecznie wspomogłam się planem miasta, bo taryfy nie chciałam brać). Następne 20 minut spędziłam na spokojnej jeździe tramwajem do celu: Domu Turystycznego Trio, który znałam z poprzedniego pobytu (zlotu Baueropedii 2,5 roku temu). Zameldowałam się, zapłaciłam (dostałam zniżkę studencką i za dwuosobowy pokój zapłaciłam tylko 3 zł więcej za dobę, niż za jednoosobowy, którego akurat wolnego nie mieli), wspięłam się po schodach na 2 piętro i rozczuliłam się, bo podobnie jak przy pierwszym pobycie, i tym razem mam w pokoju lodówkę ;). Ogólnie pokój w tej chwili wygląda tak: Zrobiłam powyższe fotki, ogarnęłam się nieco i poszłam na zakupy oraz coś zjeść. ... [po powrocie] Co do pokoju i całego ośrodka, warunki tu panujące można porównać do zadbanego akademika: w pokojach umywalka, kilka prostych mebli, działająca lodówka; toaleta, prysznice i kącik kuchenny wspólne dla piętra. W kibelku jest papier toaletowy i mydło. Przy wyjściu klucze zostawia się w recepcji i potem je stamtąd odbiera. Można też pożyczyć czajnik elektryczny i żelazko. Cena może wyższa od akademikowych, ale przeca będę tu tylko 3 doby. Co do mojego wypadu na miasto, zakupy zrobiłam w pobliskim spożywczaku i nawet mydło przeciwbakteryjne w żelu udało mi się dostać (w pociągu nie było wody...), razem z małym dżemem, pasztetem i bułkami. Ponieważ miałam plecak, w którym zakupy zmieściły się bez problemu, postanowiłam od razu pojechać na Rynek. Przy okazji miałam szybki kurs nabywania biletów komunikacji miejskiej. Automaty full wypas, ale brak biletów całodobowych to skandal. Po okrążeniu Rynku dookoła wpadłam do Empiku z zamiarem poszukiwania płyt Archiwistów. Wrocławski Empik jest jednak w głupi sposób podzielony i płyt ostatecznie nie znalazłam, ale przy wejściu dźwięki w głośnikach wydały mi się znajome... Po chwili skojarzyłam, że to "Collapse/Collide" z krążka "Controlling Crowds" rzeczonego zespołu! Ciekawe, czy ktoś z obsady salonu wybiera się na koncert ;). Poza tym znalazłam kolejny tom mojej ulubionej sagi przygodowej ("Aubrey/Maturin" Patricka O'Briana), wydałam na nią zupełnie niepotrzebnie 35 zł (a chciałam sobie pamiątki z koncertu zanabyć!) i z uśmiechem na twarzy ruszyłam do... McDonald'sa. ;) Tam zjadłam jedyny dostępny zestaw z rybą ("kanapka" Filet'O'Fish) i poczytałam książkę. Następny przystanek: Spiż! A tam małe piwo karmelowe. Takie Karmi, tylko zawartość alkoholu zamiast 0,5 wynosi 13%. ;) Z lekka rozkołysana dotarłam na metę, napisałam tę notkę, zjadłam kolację, pobawiłam się gierkami na komórce, poszłam myjumyju i spać. Trzeba odespać poprzednią noc. Chociaż nie wiem, czy mi się uda. W sobotę koncert... [kolejna notka z tej serii jutro ;)]
czwartek, 04 lutego 2010
Uwielbiam internet!
Pomijając fakt, że zżera mi sporo czasu, to osoba kompletnie nieobeznana w obcym mieście może sobie spokojnie wyszukać informacje konieczne do przemieszczania się. Nie dość, że znalazłam, którym tramwajem można się dostać z Dworca PKP Wrocław Główny do mojego lokum, to jeszcze jak z lokum do miejsca, gdzie będzie koncert i bardzo pocieszyło mnie to, że chociaż to praktycznie 2 przeciwne końce miasta, mam bezpośrednie połączenie zarówno w dzień (tramwaj), jak i w nocy (autobus nocny). Czyli jakieś tam zastosowanie użytkowe internet też ma. Pozostaje jedna kwestia, nie do końca wrocławska: jak zdołam się zebrać na pociąg, który z W. odjeżdża o 4:14? To już jutro! :D Jutro o tej porze będę gdzieś w Poznaniu! ;D
środa, 03 lutego 2010
Fotoblog?
Niekoniecznie, albowiem przydatną umiejętnością w tym wypadku byłoby robienie zdjęć o przynajmniej minimalnym stopniu artystyczności. No cóż. Nikt nie poprosił, ale i tak będzie: moje gdańskie biurko (przynajmniej fragment), brzuch i podręcznik z ortodoncji. Osoby o sokolim wzroku (zdjęcie po kliknięciu otwiera się w nowym oknie, większe ;) ) może nawet zdołają przeczytać, jakich bzdur musiałam się uczyć. Kartonik mały, kotek nieco za duży. Złapałam ją od tyłu: Milusia i kocie umiłowanie dla pudełek. Nawet takich za małych. Poza tym wszyscy wiedzą, że kotki są najmilsze, kiedy śpią. Pojutrze wyjazd do Wrrr! Może nawet kompa ze sobą zabiorę :>.
środa, 27 stycznia 2010
Bileciki
Nieodwołalnie. Chociaż z kasą krucho, szczególnie na lokum (wszystko pozostałe opłacone, na żarciu też można oszczędzić ;) ), coś się wykombinuje. Pierwszy taki raz w życiu i oby nie ostatni. Popadam w obsesję. Kiedyś gadałam wyłącznie o studiach, teraz będę gadać o koncercie ;) Przestraszliwie się cieszę :). Zwłaszcza, że recenzje innych koncertów są bardzo pozytywne, więc oczekuję dobrego show :)
sobota, 23 stycznia 2010
Joanna P. vs Wiedza
Okres przedsesyjny. Samej sesji nie mam, ale czemu moje życie miałoby być proste i przyjemne. Na 3 dni we Wrocławiu podczas trzytygodniowych ferii trzeba sobie zapracować. Choć pewien psycholog nie wierzy w wysiłek. Jego sens porównuje do kupowania za małych o dwa numery butów i męczenia się w nich cały dzień tylko po to, by czuć przyjemność po ich zdjęciu. Jorge Bucay bywa ciekawą lekturą. Nevermind. Wyniki rozgrywek Joanna P. kontra: pn., 11.1.: chirurgia stomatologiczna (kolokwium): 1:0 sb., 16.1.: chirurgia szczękowo-twarzowa (kolokwium): 1:0 pn., 18.1.: implantologia (zaliczenie): się nie odbyło. Znaczy chyba zaliczone. śr., 20.1.: ortodoncja (kolokwium): wynik będzie znany po feriach. śr., 20.1.: farmakologia kliniczna (zaliczenie): 1:0 (co mnie najbardziej cieszy, bo poprawka jest ustna, a ja z panem profesorem, jakkolwiek porządny z niego człowiek, nie chcę mieć więcej do czynienia osobiście). czw., 21.1.: profilaktyka stomatologiczna: wynik będzie znany po feriach. stomatologia dziecięca (egzamin praktyczny): raczej zdany, ale dane niepotwierdzone. ;) Przełożone na termin późniejszy: stomatologia dziecięca (egzamin teoretyczny). Poza tym z ciekawych: Chyba ogłoszę casting na partnera na bal dyplomowy 20 lutego. W tym okresie pojawię się w ogólnopolskiej gazecie, więc moja popularność wzrośnie. ;)
piątek, 22 stycznia 2010
Z pamiętnika studentki stomy
Poniedziałek, 18.1.2010 Dzień rozpoczynał się ostatnimi ćwiczeniami z implantów. Chyba tylko dwie tabletki melisy łyknięte przed zaśnięciem uratowały moją noc, bo na owych ćwiczeniach miało się odbyć zaliczenie (ewenement w historii implantów), a ja z racji innych wiedzowych obciążeń (weekend przesiedziałam nad farmakologią i ortodoncją) podręcznika z protetyki czy materiałoznawstwa (konik pani prowadzącej) nawet nie dotknęłam. Na zajęcia poszłam trzymając kciuki za dużą ilość pacjentów (nie byłoby czasu na odpytkę) i skuteczność kwiatków i czekoladek w ugłaskaniu czasami humorzastej pani doktor. Pacjentów było dużo. Pani doktor była w dobrym humorze. Kwiatki podziałały. Dziabnięty unit został mi wybaczony. Na chirurgii nuda, na wykładach prawie zasnęłam, po dotarciu do mieszkania zastukałam ten wpis przy świętowaniu Ostatniego Poniedziałku w tym semestrze powolnym sączeniem piwka Karmi. Czas usiąść do orto i farmy... Wtorek, 19.1.2010 (pisane dzień później) Na procie pacjentów po uszy (a miała być tylko jedna korekta protezy i jedna próba protezy woskowej!), na dziecięcej spokój, którego nie zmąciło wydane pod koniec polecenie pani asystentki S., by jeden z przypadków przepisać na kartę egzaminacyjną (znaczy miałam egzamin praktyczny, nawet o tym nie wiedząc). Po ćwiczeniach brak wykładów, więc [nie pamiętam, czy byłam na obiedzie...] po godzinnej drzemce zasiadłam do ortodoncji i farmakologii klinicznej, które to oba kobylaste przedmioty miałam zdawać dnia następnego. W międzyczasie pisałam smski do mamy, układałam pasjansa i robiłam zdjęcia procesu myślowego i wyposażenia mojego biurka (jak ładnie poprosicie, to wrzucę). Spać poszłam ok. 23, wspomagana meliską (czy melisa jest uzależniająca fizycznie? Bo psychicznie chyba trochę tak...), wstałam o 5:40 celem dalszego uczenia się. Środa, 20.1.2010 Wstałam o tej 5:40, z racji przepalonej żarówki w łazience buzię i ząbki myłam przy świeczkach, poczytałam ortodoncję, poszłam na ćwiczenia ze szczękowej, które z racji mojego zdawania (i zdania! Na 4!) kolokwium w sobotę miały się nie odbyć (o czym nam nikt nie powiedział). Więc się nie odbyły. Prawie 3 godziny do koła z ortodoncji spędziłam na podsypianiu, słuchaniu kolektywu Archive i dalszym czytaniu orto w towarzystwie koleżanki z roku. Kolokwium zostało jakoś tam napisane. Kolejne 2 godziny do wykładu ze szczękowej uczyłam się farmy, z której zalka miała się odbyć po 16-tej, po wykładzie. Wrażenia również takie sobie. Wyniki pod koniec tygodnia albo w poniedziałek. Oby były w extranecie, bo nie chce mi się wspinać pod górę do Zakładu Medycyny Sądowej, by przeczytać, że oblałam. Wróciłam do mieszkania z roladką czekoladowo-śmietankową i postanowieniem uczczenia przeżycia takiego zalkowego dnia. Jedno zaliczenie do Ferii. W czwartek profilaktyka. Ale to już po obejrzeniu odcinka "Wzoru"... Czwartek, 21.1.2010 Wczoraj dochodziłam do siebie do ósmej wieczorem, dopiero wtedy poczułam, że mój umysł będzie w stanie przyjąć jakąś wiedzę. Spać poszłam po północy, ponownie wspomagana meliską. Pobudka standardowo - po szóstej, jazda na ćwiczenia (ostatnie "dzieciaki" - jeden pacjent starszy ode mnie, "dzięki" któremu odkryłam, że górne przednie zęby genialnie się robi na leżącym pacjencie*; drugi to mały, stały, bardzo sympatyczny klient; potem nudna protetyka - wszyscy pacjenci odebrali swoje protezy przed świętami, więc nie było co robić), potem wykład z zachowawczej, zaś po wykładzie, o 17-tej - zaliczenie z profilaktyki stomatologicznej. Pytania (sztuk 7, każde wymyślanie przez inną "specjalizację" na podstawie wykładów, które prowadziły) nie rzuciły na kolana, choć jedno (z chirurgii szczękowej) nieco zaskoczyło. Ludzie (w tym ja) nie wiedzieli, o co chodzi. Jedni oddawali pustą kartkę (odpowiedzi na każde pytanie pisaliśmy na osobnych świstkach), inni, jak ja, kombinowali. Byłam na dobrym tropie, ale napisałam za dużo i może nie zostanie mi to wybaczone :/. Tak czy siak, wyniki po feriach. Do mieszkania wracałam z kolektywem Archive w uszach ("Part IV" płyty "Controlling Crowds" ma kilka ślicznych ballad, a Pollard Berrier i Dave Pen - nauczyłam się nazwisk wokalistów! ;) - mają fajowe głosy) i błogością w duszy. Jutro mam zamiar się wyspać, może pójść na kawę i wrócić do domciu rodzinnego... *Praca przy leżącym pacjencie: mój dentysta (jedyny, jakiego kiedykolwiek miałam) pracuje na siedząco na siedzącym pacjencie. Z tego powodu o technice "na leżąco" dowiedziałam się dopiero na studiach (doktorKa z praktyk po II roku też pracowała na siedząco w porywach do stania przy siedzącym pacjencie). Rozkłada się fotel, dentysta siada nieco z boku lub wręcz za głową pacjenta (porównując do tarczy zegara z głową pacjenta na godzinie dwunastej, dentysta ma pole do przemieszczania się między godziną ósmą albo dziewiątą, a pierwszą), ma pełny wgląd w zęby dolne, zaś na górnych pracuje, patrząc w lusterko. W teorii przy takiej pozycji pacjenta powinna być jeszcze asysta, trzymająca ślinociąg (coś podobnego do słomki, wyciąga, jak sama nazwa wskazuje, ślinę z ust pacjenta), bo wszystkie płyny podczas pracy spływają do gardła leżącego, ale studenci pracują tak sami (ślinociąg jest zawieszony na kącie ust, odgięty tak, że sięga daleko, aż za dolne boczne zęby) i też sobie radzą. W pracy solo jest to chyba najzdrowsza pozycja dla pleców dentysty, który po prostu pochyla się do przodu, a nie na boki. Pomijając już fakt, że i dla pacjentów to wygoda. Oczywiście są przeciwwskazania do kładzenia niektórych "klientów", ale zdrowa młodzież i dorośli, którzy się na to zgadzają, mogą sobie poleżeć ;). Piątek, 22.1.2010 Spałam (z małymi pobudkami rano) do dziesiątej. Opróżniłam swoją półeczkę w lodówce tak, że czekać na mnie będą tylko słoiki z majonezem i ketchupem. Bez pośpiechu ogarnęłam swój pokoik, spakowałam się i ruszyłam do domciu z dwoma plecakami. Trzy tygodnie ferii. Trzy dni we Wrocławiu. Chyba będę się odchudzać...
niedziela, 10 stycznia 2010
Zagadka
Co to jest i do kogo kiedyś należało? ;) ![]() Podpowiedź A) nie zależy mi na imieniu i nazwisku dawnego posiadacza, wystarczy określenie wyglądu (typu dwie nogi bądź cztery nogi i ogon); Podpowiedź B) pamiętajcie, jaki kierunek studiuję; Podpowiedź C) zagadka jest raczej dla studentów weterynarii. ;) Odpowiedź w razie zainteresowania będzie za jakieś 2 tygodnie, jeśli je przeżyję i wrócę do domu. Za co możecie trzymać kciuki, bo nadchodzi RZEŹ. A raczej pierwsza jej część na ten rok akademicki.
piątek, 08 stycznia 2010
Grafomania
Według Wikipedii: "Grafomania (z greckiego: "gráphein" - rysować, pisać i "mania" - szaleństwo), patologiczny przymus pisania utworów literackich." Link do pełnej definicji. Na wielu forach serialowych lub ogólnie "fanowskich" często się pojawiają owoce takiego przymusu. Rezultat szału pisarskiego (zwanego również atakiem weny lub wena, w zależności od preferencji) jest różny: od małych arcydzieł po nieprzeczytalną pisaninę. Inspiracje bywają różne. Na łamach tego bloga przyznałam się do utworów (fanfików) powstałych na podstawie serialu "Doktor House". Na forum zwanym Baueropedią również można znaleźć moje wypociny (tym razem na tapecie "24 godziny"), choć w większym stopniu są to sztywne tłumaczenia, niż dzieła wymyślone przeze mnie. Od gimnazjum chyba nie napisałam nic "własnego", czyli niepodpartego serialem, książką, filmem bądź fanfikiem, dziejącego się w polskich realiach i noszącego znikome znamiona prawdopodobieństwa. Do wczoraj. Bo wczoraj spotkałam w Galerii Bałtyckiej mojego dermatologa (co było o tyle zaskakujące, że zazwyczaj można go było spotkać w W. albo Gdyni, a nie w Gdańsku), który jest bardzo sympatycznym człowiekiem, a którego nie widziałam od łohoho, chyba ponad roku (chyba mnie poznał!). Wieczorem nabrałam nagłej ochoty na napisanie czegoś, co zaowocowało początkiem klasycznej love-story (jak ktoś się przyczepi, znajdzie motywy z seriali ;) ), której bohaterem wprawdzie nie jest mój dermatolog (no bez przesady! Czterdziestoparoletni, rozczochrany, chudy, siwiejący i z bródką! I zajęty!), ale inny lekarz. No i ja. Tak jakby. Ponieważ słowa kluczowe w określeniu "dzieła" to "love-story" i "klasyczna", szanse na dokończenie go są znikome, bo ktoś już pewnie podobną historię napisał. Jak ktoś jest zainteresowany rezultatem mojego grafomaństwa, niech se kliknie w link poniżej. Link. Smacznego. Recenzje można zachować dla siebie. ;)
niedziela, 03 stycznia 2010
15 dni
naukowych, oczywiście. Do końca semestru. A właściwie to 19, bo w weekendy też się będę musiała uczyć. Po czym nastąpi koniec semestru i brak sesji zimowej. Bo jedyny egzamin, który bym wtedy miała, już zdałam. A na sprawdzenie zaliczeń i ustalenie poprawek na ferie nie liczę. Będziemy skrobać powtórki w marcu. Żeby było śmieszniej, nie boję się zalek z farmy klinicznej, z profilaktyki, egzaminu dyplomowego z dziecięcej. Może troszkę się boję kół z ortodoncji (jak weszła czysta pamięciówa po długim okresie "wiedzy do zrozumienia", to moja dobra passa nieco zbladła) i obu chirurgii. Największy strach wywołują we mnie Implanty. Przez duże I. Bo szacunek trzeba okazać. Dobrze, że to tylko jeden semestr i to w dodatku teraz. Bo kolejnych 4 miechów tej rozrywki bym chyba nie wytrzymała psychicznie. W II semestrze rozrywką będzie zacho. I git. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku dla Was, kochani Czytelnicy. A skrytoczytaczom z mojego roku lub wcześniejszych - bo jestem niemal pewna, że jacyś koledzy czy koleżanki mnie czytają i pewnie nawet wiedzą, kim ja jestem - pomyślnego zakończenia tego roku akademickiego, przeżytego w pełni zdrowia fizycznego i psychicznego. Z wymarzonymi ocenami, jeśli Wasze ambicje sięgają tak daleko. I najlepszych na świecie Ostatnich Wakacji Studenckich :)
sobota, 19 grudnia 2009
Jakoś tego nie czuję
Święta tuż-tuż, nawet mam prawie wszystkie prezenty. Jeszcze chcę jakiś drobiazg dla rodziców dokupić, ale kolejna ramka na zdjęcia niespecjalnie mi pasuje. Pewnie nie wpadnę na żaden pomysł i ostatecznie nic nie kupię, choć dla wszystkich najbliższych członków rodziny podarki już mam. Ale nie wiem, czemu tego nie czuję. Nie ma tego podekscytowania, że ojej, za chwilę Wigilia i Boże Narodzenie, będzie pięknie, radośnie, klimatycznie, prezenty i w ogóle. Może do szczęścia brakuje mi kilku gwiazdek i choinek ze sztucznego śniegu na szybie okna, albo zapomnienia o tym, jak zapowiadają się ostatnie 3 tygodnie tego semestru. Praktycznie żyję teraz tylko uczelnią. Narasta strach, czy sobie poradzę. Czy jakiś asystent, w którego rękach spoczywa mój los, nie pomyśli sobie "to, że dotarła tak daleko, nie oznacza, że nie może odpaść teraz". Czy uda się zdać tych 7 czy więcej zaliczeń, z czego przynajmniej 4 będą w ostatnim tygodniu semestru. Wszystko, co przyjemne - bal dyplomowy (na który nie mam z kim iść), koncert Archive, na który mam już bilet niezaprzeczalnie i nieodwołalnie (a na który nie mam z kim iść) i trzytygodniowa nagroda w postaci ferii po zakończeniu tego całego piekła - czy może raczej pierwszej jego części - ginie gdzieś w oparach mrocznej przyszłości z moim losem w cudzych rękach. W poniedziałek kopsnę się do W., załatwić sprawy mamy, poszukać drobiazgu dla rodziców, odwiedzić prywatny gabinet mojego dermatologa (nie z cerą na gębie, z którą mam ciągły problem, od kiedy skończyłam 13 lat, ale z moimi łapami, z którymi wcale nie jest dobrze i które niemal mnie dobiły wczoraj wieczorem, kiedy w siarczystym mrozie wracałam do domu) i spróbować dojechać mamusinym Matizem w obie strony w jednym kawałku. Would be nice. Co zrobić, by to poczuć? Wystarczy maznąć kilka gwiazdek na szybie, czy trzeba zapakować prezenty, ustroić choinkę i posłuchać paru świątecznych piosenek, które w tym roku dziwnie mnie omijały? A może po prostu na te pozostałe 15 dni świątecznych ferii najzwyczajniej w świecie choć trochę sobie odpuścić przy III tomie sagi o Harrym Potterze i "Aniołach i demonach" Dana Browna (na razie - a jestem w 1/4 - strasznie przegadana książka). I może 2 sezonie "24". Od kilku lat myślę o powtórce...
|